.

wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział 18


Harry gwałtownie usiadł na łóżku. Miał bardzo dziwny, a zarazem realistyczny sen. Widział w nim dziewczynkę wchodzącą do domu, w którym czekał na nią ojciec, o ile można go tak w ogóle nazwać. Nie był zmartwiony, nie porwał córki w ramiona. Wręcz przeciwnie. Był wściekły, że córka wróciła, że żyje. Obwiniał ją o coś. Był pijany. Zaczął ją szarpać i krzyczeć. Po chwili zaczął ją także bić. Harry chciał pomóc, ale był tylko obserwatorem. Przez chwilę myślał, że to może Voldemort znów zaczął podsyłać mu wizję tak jak rok temu, ale przecież umiał już bronić swój umysł więc było to nie możliwe. Wygrzebał się z pościeli i po szybkim prysznicu wyszedł  dormitorium. Była sobota więc ubrał się w swoje ulubione czarne spodnie i biały t-shirt. Skierował swoje kroki do gabinetu dyrektora. Chciał z nim porozmawiać o następnym zadaniu. Liczył, że pozwoli mu wyruszyć na nie jeszcze dzisiaj. Podał hasło i po chwili był już w środku.
- Harry? Co ty tutaj robisz o tak wczesnej porze? – zapytał zdziwiony Albus
- Chcę iść na następne zadanie.
- Ale jak? Teraz?
- Tak. Dobrze pan wie, że chcę to załatwić jak najszybciej. Zostały dwa zadania. Im szybciej pozbędziemy się Voldemorta tym lepiej.
- No dobrze, ale nie wiemy nic szczególnego o tym zadaniu. Tylko tyle, że przeniesiesz się do jakiegoś miasta. Nie wiadomo co będziesz musiał zrobić i co na ciebie czeka.
- Bez obaw. Dam sobie rade.
- Zaczekaj chwilę. Muszę wezwać Severusa. Tworzył wczoraj nowy świstoklik.
Po paru minutach do pomieszczenia wszedł Snape.
- O co chodzi Albusie? Do czego już jest ci potrzebny świstoklik i eliksiry?
- Nie dyrektorowi jest potrzebny tylko mi. Wyruszam na następne zadanie – wyjaśnił Harry
- Czyś ty kompletnie zdurniał Potter? Wczoraj wieczorem dopiero wróciłeś. To jest kompletnie nieodpowiedzialne. Nie mamy pojęcia co może cię spotkać tym razem. Jak możesz na to pozwalać Albusie? – zapytał zdenerwowany Severus
- Spokojnie profesorze, bo pomyślę, że się pan o mnie martwi – wtrącił się z uśmiechem Harry.
- Milcz Potter. Możesz mi to wyjaśnić Dumbledore?
- Profesorze Snape to był mój pomysł. Nie ma co się wydzierać. Wczorajsze zadanie było proste więc nie widzę żadnych przeciwwskazań.
- A czy to idioto, że możesz zginąć jest odpowiednim argumentem? Co na to twoi przyjaciele?
- Jeszcze śpią. Zostawiłem kartkę, że jestem u dyrektora. Niech pan mnie posłucha. To jest moje życie i chce żeby Voldemort opuścił je jak najszybciej. I jeśli tylko zdołam jutro zrobię to samo. Bez obaw. Przyjaciołom powiem po powrocie.
- Jesteś durniem Potter. Kiedyś zginiesz w tej pewności siebie.
- Nie pozbędzie się mnie pan tak szybko. Do zobaczenia za parę minut – powiedział Harry łapiąc podany mu świstoklik.
Kiedy otworzył oczy znajdował się już w nieznanym mu miasteczku. Po chwili spostrzegł gdzie się znajduje. Był w Dolinie Godryka Gryffindora. Z początku nie chciał w to uwierzyć, ale kiedy dotarł do swojego dawnego domu nie miał wyjścia. Coś było jednak inaczej. Przed nim nie stały ruiny lecz piękny dom ze zdjęć jego dzieciństwa. Zaciekawiony wszedł do środka. Wszystko było takie jak kiedyś opisywał mu Syriusz. Wchodząc do kolejnych pomieszczeń Harry podziwiał zdjęcia i wyobrażał sobie jak wyglądało życie jego rodziców zanim Voldemort ich zabił. Zamykając oczy widział ich przytulonych na kanapie przed telewizorem czy razem gotujących w wymarzonej kuchni. W końcu trafił do sypialni, w której znalazł albumy i pudełka ze zdjęciami. Oglądając je stracił poczucie czasu. Była już 20:00 a on jeszcze nie zaczął szukać składnika. Odłożył fotografie obiecując sobie, że zabierze je ze sobą do Hogwartu. Po paru minutach przechadzał się ulicami Doliny w nieznanym sobie celu. Wkrótce dotarł do parku i kiedy już miał usiąść zauważył, że nie jest sam. Parę metrów dalej na ławce siedział młody chłopak. Harry ostrożnie do niego podszedł. Nie chciał go wystraszyć.
- Cześć – przywitał się siadają na ławce obok niego. Na twarzy chłopaka były ślady pobicia.
- Kim jesteś? – zapytał chłopak patrząc na niego podejrzliwie – Nigdy cię tu nie widziałem.
- Mam na imię Harry. Powiedzmy, że dopiero dzisiaj przyjechałem. Jak ci na imię?
- Andres.
- No więc Andres, co ci się stało? – zapytał Harry
- Czemu miałbym ci się zwierzać? Nie znam cię - powiedział chłopak odchodząc.
Potter patrzył jeszcze chwile na oddalającego się Andresa i ruszył z powrotem do domu. Wiedział, że to zadanie nie pójdzie mu tak szybko jak poprzednie. Jednak podświadomie czuł, że ma ono związek z nowo poznanym chłopakiem.
Dni mijały. Harry codziennie wychodził z domu i szedł w innym kierunku szukając rozwiązania zagadki po czym zawsze o tej samej porze szedł do parku, w którym spotykał Andresa. Z dnia na dzień coraz lepiej poznawał miasto i chłopaka, który przy każdym następnym spotkaniu więcej z nim rozmawiał. Po prawie miesiącu codziennych spotkań Andres wyznał Harremu, że autorem siniaków jest jego ojciec.
- Jak to? – zapytał zszokowany Potter
- Już przywykłem – odparł cicho
- Przywykłeś do bicia przez ojca? Do tego w ogóle można przywyknąć?
- Jak widać.
- Nie wrócisz tam – stwierdził Harry.
- A gdzie według ciebie mam spać? Na ulicy? Pod mostem?
- Zamieszkasz u mnie. Dom jest duży. Zmieścimy się bez obaw.
- Nie mogę. Wystarczy, że marnujesz na mnie codziennie czas zamiast szukać następnego składnika.
Tak. Harry opowiedział Andresowi o składniku i nie widział w tym nic dziwnego. Ufał mu. Poza tym Andres był czarodziejem.
- Przestań pieprzyć. Nie puszczę cię tam.
- Przez ostatni miesiąc nie miałeś z tym problemów.
- Bo nic nie wiedziałem idioto. Idziemy. Pożyczę ci jakieś ubrania, a ty w zamian będziesz mi pomagał w szukaniu, zgoda? – zapytał Harry wstając – Nie widzę sprzeciwu. Zapraszam, idziemy.
Andres niechętnie podniósł się z ławki i ruszył za Potterem. Nie chciał mu się narzucać. Po dotarciu do domu Harry dał Andresowi ubrania na zmianę, czyste ręczniki i wysyłał go do łazienki. 
- Ale ja ci pomogę. Pod prysznic mogę iść po kolacji – protestował chłopak.
- Daj spokój. Dzisiaj będziesz moim gościem. Nie zagonie cię pierwszego wieczora do gotowania. Możesz mi pomóc sprzątać po kolacji. A teraz idź już. Polecam długą kąpiel w wannie. Nie ma nic lepszego.
- Niech ci będzie. Dzięki za wszystko.
Potter machnął ręką i zabrał się do przygotowywania posiłku. Skoro już wysłał Andresa na dłuższą kąpiel to mógł zrobić coś innego niż podgrzanie zapiekanek. Po chwili namysłu zdecydował się na tortlille. Robił ją kiedyś u wujostwa i wyszła mu wyśmienita. Najpierw zabrał się za zrobienie ciasta. Nie potrwało to długo. Po chwili placki się piekły, a Harry przygotowywał kurczaka, który oczyszczony, pokrojony i obtoczony w przyprawach wylądował na patelni. Pilnując kurczaka Potter jednocześnie przygotowywał sos czosnkowy, a po skończeniu pokroił pomidora, ogórka i umył sałatę. Po dziesięciu minutach zdjął kurczaka z ognia i wyłączył piekarnik. Gorące placki posmarował cienko sosem i ułożył na nim resztę składników po czym zwinął tortlille i jeszcze raz polał delikatnie sosem. Zrobił jeszcze ciepłą herbatę i zaniósł wszystko do salonu. W tym czasie Andres wyszedł z łazienki .
- Sam to zrobiłeś? Gdzie uczyłeś się gotować? – zapytał zaskoczony
- U wujostwa. Mówiłem ci, że byłem niewolnikiem. Siadaj i jedz.
Kolacja minęła im w miłej atmosferze. Nie rozmawiali o niczym konkretnym i dużo się wygłupiali. Potem szybko posprzątali po sobie i wrócili na kanapę.
- Powiesz mi coś więcej o tej sytuacji z ojcem? – zapytał Harry
- A co chcesz wiedzieć?
- Wszystko. Kiedy się to zaczęło?
- Po śmierci mamy. Ojciec zwariował, zaczął pić. Obwiniał mnie o jej śmierć. Zaczęło się od wyzwisk i oskarżeń. Potem zaczął wyładowywać na mnie swoją złość i problemy. Na koniec zaczął wyrzucać mnie z domu.
- Dlatego codziennie jesteś w parku – stwierdził Harry – Teraz tym bardziej cię tam nie puszczę.
- Przecież musisz wracać do zamku. Masz tam przyjaciół, którzy na ciebie czekają i na pewno się martwią.
- Wrócisz ze mną – powiedział z przekonaniem.
- Nie musisz się mną opiekować. Dam sobie radę.
- To samo mówił Alex i Kate kiedy im pomagałem.
- Jak to?
- Po ucieczce od wujostwa kupiłem własny dom. I pewnego wieczoru spotkałem pobitego chłopaka. Właściwie to jeden koleś kopał go na moich oczach. Pomogłem mu, zabrałem do siebie. Stary przyjaciel pomógł mi go wyleczyć i uratował mu życie. Miałem przynajmniej z kim spędzać czas, bo Alex jest dość gadatliwy. I pyskaty – dodał po chwili z uśmiechem – No i pewnej nocy wracając z imprezy spotkaliśmy Kate. Śmierciożerca próbował ją zgwałcić. Myślę, że nie najlepiej się czuł po tamtej nocy.
- Nie znam ich, ale z twoich opowieści wnioskuję, że są wyjątkowi. Widać, że jesteście bardzo zżyci.
- To prawda. Alex był moim pierwszym, któremu zaufałem po zdradzie fałszywej trójcy no i spędziłem z nim najwięcej czasu. Musiałem się z nim trochę poużyrać sam na sam, ale nawet jeśli tego nie wie to bardzo mi pomógł w tamtym czasie. A razem pomogliśmy dojść do siebie Kate. Ekipy z klubu nie znaliśmy. No może poza Draco. I Ann poznaliśmy pięć minut wcześniej. Dosłownie. Ale to inna historia.
- Opowiedz. I tak nie mamy nic lepszego do roboty – poprosił Andres rozkładając się wygodnie na kanapie.
- Ann i resztę ekipy poznaliśmy gdy poszedłem z Alexem pierwszy raz do klubu. Jakiś facet koło baru ją zaczepiał. Wstawiliśmy się za nią. Gościa wyniosła ochrona, – powiedział ze śmiechem – a nas Ann zabrała na piętro do reszty. Tak się wszyscy poznaliśmy.
- A Draco?
- Draco to mój niegdyś największy wróg. W pierwszej klasie odtrąciłem jego przyjaźń bo nabijał się z Rona. W sumie to Ron pierwszy zaczął się z niego śmiać więc po prostu byłem idiotą no ale do rzeczy. Od tamtej pory byliśmy największymi szkolnymi rywalami. Ale w tamtym momencie już nic nie mogło mnie zdziwić więc kiedy spotkaliśmy go w klubie po prostu zawiesiliśmy broń. A później znaleźliśmy wspólny język i udało się nam zaprzyjaźnić. Mogę śmiało powiedzieć, że ufam mu jak i reszcie bezgranicznie i skoczyłbym za nimi w ogień.
- A jakbyś miał wybierać między całą ekipą? Jakbyś miał ich życia na szali to kogo byś uratował?
- Wolałbym sam zginąć niż wybierać między nimi. Zależy mi na nich równie mocno. Co prawda z Alexem i Draco łączy mnie mocniejsza więź niż z resztą chłopaków, tak samo z Ann i Kate, ale i tak to niczego nie zmienia. Kocham ich równie mocno co resztę. Po prostu znam ich najdłużej i najwięcej wiemy o sobie nawzajem, najwięcej czasu z nimi spędzam przez to, że chodzimy razem do Hogwartu. Tym bardziej, że zarówno z Alexem jak i z Draco mieszkałem sam na sam. Z Alexem w domu, a z Draco w zamku. Z Kate też mieszkałem, a Ann to po prostu Ann. Nie da się jej nie lubić. Jest szczera do bólu, ale dba o bliskich.
- Jak o nich opowiadasz to wydają się idealni – powiedział Andres.
- Bo dla mnie są idealni. Inni mogą tego nie zrozumieć i nie wierzyć, ale tak jest. Kate i Ann to moje najukochańsze pod słońcem siostrzyczki i Avada tym, którzy spróbują je skrzywdzić. Alex to mój brat, którego nigdy nie miałem. Jest idealny. A Draco to moja blond księżniczka.
- Księżniczka? – zaśmiał się
- Zrozumieją to tylko ci co z nim mieszkali – odpowiedział Harry kręcąc głową – Ale dość tych opowieści. Trzeba iść spać. Wystarczająco dużo nocek zarywam w Hogwarcie. Jutro pójdziemy po twoje rzeczy.
- Co? Nie. Błagam nie idźmy tam. Nie chcę się z nim spotkać – zerwał się spanikowany Andres. Po wcześniejszej miłej rozmowie nie było śladu.
- Sory bracie, ale musimy tam iść. Albo twój.... ojciec – powiedział z niesmakiem – zrozumie swoje błędy i się opamięta, albo wracasz ze mną. Nie ma innego wyjścia.
Po paru minutach byli w swoich sypialniach każdy rozmyślając o czym innym. Harry nigdy nie rozstawał się na tyle z przyjaciółmi i bardzo za nimi tęsknił. Następnego ranka po szybkim śniadaniu chłopcy wybrali się po rzeczy Andresa. Nie był on zachwycony tym faktem, ale Harry postawił na swoim. Nie mógł pozwolić żeby ojciec bił go przez swoje cierpienie i zły humor. Po piętnastu minutach wolnego marszu dotarli na miejsce. Blondyn początkowo nie miał ochoty na wejście do domu i ociągał się jak mógł.
- Andres co jest? – zapytał Harry podchodząc do niego
- Dajmy sobie z tym spokój. Naprawdę nie chcę tam iść. Znów oberwę, a ty mnie na pewno nie obronisz. Jeszcze tobie coś zrobi. Harry, proszę zostawmy to... – błagał Andres.
- Stary, nie ma takiej opcji. Jak chcesz to pójdę tam sam. Zostań tutaj, a ja to załatwię. Gdzie jest twój pokój?
- Po schodach, drugie drzwi na prawo, ale Harry nie idź tam. On ci zrobi krzywdę – chłopak był naprawdę przerażony. Harry pierwszy raz widział go w takim stanie.
- Nic mi nie będzie. Mam różdżkę. Zaraz wracam, poczekaj tu na mnie.
Potter ruszył pewnym krokiem w stronę domu. Zapukał do drzwi, ale kiedy nikt mu nie otwierał dłuższą chwilę, sam wszedł do środka. Rozejrzał się szybko, ale nigdzie nie widział ojca chłopaka więc poszedł według instrukcji Andresa. W szafie znalazł dwie duże podróżne torby. Do jednej spakował ubrania chłopaka, a do drugiej wszystkie pozostałe rzeczy osobiste z półek i biurka. Zajrzał jeszcze szybko pod łóżko upewniając się, że nic nie zostało. Znalazł pod nim pudełko z różdżką. Rzucił je na wierzch torby i zszedł ze wszystkim na dół. Usłyszał krzyki dobiegające z zewnątrz. Jak się okazało winnym krzyków był ojciec Andresa. Mężczyzna bezlitośnie szarpał syna plując mu w twarz obelgami.
- Ty pieprzony szczeniaku! Co ty sobie wyobrażasz? Jak śmiesz nie wracać do domu? Tak cię wychowałem? Twoja matka przewraca się przez ciebie w grobie!
- Hej! Zostaw go! – Harry podbiegł do nich. Rzucił torby na ziemie i odepchnął go od Andresa.
- A kim ty jesteś gówniarzu? Odejdź kiedy rozmawiam z synem! Jakim prawem się wtrącasz?
- Synem? Ty śmiesz nazywać się jego ojcem? Co za ojciec tak krzywdzi swoje dziecko?
- Masz racje. On nie jest moim synem. Przez niego zginęła najważniejsza osoba w moim życiu.
- A nie pomyślał pan, że Andresowi też jest ciężko, że też cierpi? To była jego matka do cholery, a ty jeszcze oskarżasz go o jej śmierć!
- To wszystko przez niego... – szepnął mężczyzna – Rozumiesz? To wszystko przez niego!
- To był wypadek! – wykrzyknął Andres – To był cholerny wypadek! Mama zginęła w wypadku!
- Elizabeth zginęła w wypadku przez twój kaprys. Księciuniowi znudziła się jedna szkoła psychopatów więc przepisał się do drugiej. Dla ciebie przeprowadziliśmy się tu z Hiszpanii i co z tego dobrego wyszło? Że moja żona zginęła odwożąc cię na pieprzony pociąg! Ale ty przecież byłeś szczęśliwy, nieprawdaż? Dostałeś to co chciałeś.
- Co ty pieprzysz? Co według ciebie dostałem? – zapytał Andres zbliżając się do ojca – No powiedz!
- Nie podnoś na mnie głosu gówniarzu! – wykrzyknął mężczyzna podnosząc rękę.
- No dalej, uderz mnie! Na co czekasz? Przecież tylko to potrafisz od śmierci mamy! Oświeć mnie, co zyskałem po jej śmierci? Bo w moim odczuciu straciłem wszystko! Straciłem całe życie! Straciłem matkę! A wbrew wszystkiemu też ojca. 
- Czemu wcześniej nie byłeś taki odważny? Tylko przy kolegach potrafisz się stawiać? Zobaczymy co powiesz później!
- Nic nie powiem, bo tu nie wrócę. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Tak jak sobie tego życzyłeś! Nawet nie wiesz jak cierpiałem po jej śmierci. Zapijałeś smutek alkoholem, a mnie zostawiłeś samego. Potrzebowałem cię wtedy! A ty potrafiłeś jedynie pić i uderzać. Tamtego dnia straciłem oboje rodziców. Nie jesteś moim ojcem – po twarzy chłopaka spływały łzy, a w oczach dało się zobaczyć wielki smutek.
- To ty powinieneś wtedy zginąć. Nie ona – powiedział ojciec blondyna
- Może i tak – potwierdził Andres – Ale żyję. Wbrew tobie.
- Chodź stąd Andres. Szkoda naszego czasu – Harry wziął ponownie torby chłopaka i pociągnął go za ramie.
- Masz rację. Szkoda czasu – odparł i po raz ostatni zwrócił się do ojca – Więcej mnie nie zobaczysz. Możesz uznać, że zginąłem w tamtym wypadku.
Andres zabrał od Harrego jedną torbę i odszedł nie oglądając się.
- Miałeś szansę to naprawić. Wybaczyłby ci – powiedział na odchodnym Potter po czym podążył za przyjacielem.
Szybko go dogonił i w milczeniu wrócili do domu. Od czasu do czasu po twarzy chłopaka spływały pojedyncze łzy, które szybko ocierał dłonią. Po powrocie zanieśli torby do pokoju Andresa.
- Wydaje się, że zabawię tu dłużej niż zamierzałem – szepnął cicho blondyn.
Harry nic nie dopowiadając podszedł do niego i po prostu go objął. Czasem każdy tego potrzebuje, a on zaczynał traktować Andresa jak swojego kolejnego przyszywanego brata.
- Chodź. Zejdziemy na dół. Pomożesz mi później szukać tego składnika. Im szybciej wrócimy do Hogwartu tym lepiej – stwierdził Potter.
- Byłem do niego zapisany.
- Co?
- Przepisałem się do Hogwartu z mojej dawnej szkoły.
- Nie mówmy teraz o tym. Chodź na dół.
Harry zaprowadził przyjaciela do salonu i poszedł do kuchni.
- Harry, możesz tu przyjść? Tego tu chyba wcześniej nie było? – zapytał ponownie kiedy Potter wszedł z herbatą. 
W dłoniach trzymał doniczkę, która wcześniej stała na parapecie z zupełnie innym kwiatem.
- Wygląda na to, że wrócimy do Hogwartu szybciej niż nam się wydawało.  
    

        

piątek, 24 czerwca 2016

Rozdział 17


                                             

W końcu nastał poniedziałek. Niezadowoleni Hogwarczycy zaczęli wracać na lekcje. Dotyczyło to również paczki Księcia Slytherinu. Draco wraz z przyjaciółmi obudził się niezbyt szczęśliwy przez bardzo krótki i niewygodny sen. Wczoraj długo się wygłupiali i zasnęli w salonie na kanapach. Wyglądało to mniej więcej tak, że Harry spał na Draco, a Alex na Harrym i było by im nawet wygodnie gdyby nie to, że na nich spała cała reszta w co najmniej dziwnych pozycjach. Tak więc Draco, który obudził się jako pierwszy i najbardziej przygnieciony zaczął się wiercić i drzeć, że mają z niego zleźć.
- Boże, księżniczko czego tak się drzesz. Aż bębenki puchną. – wymruczał jeszcze nie do końca obudzony Harry przeciągając się jak kot.
- Spieprzaj dziadu. Kurwa, znowu mi żebra chcesz połamać – powiedział blondyn. Jakby nie było, spało na nim pięć osób.
- Nie nasza wina, że zawsze lubisz być na dole – zaśmiał się Harry uciekając przed lecącym w jego stronę butem – Kochanie jak mi podbijesz oko to będziemy się brzydko prezentować. 
- Won z moich oczu. To koniec tego związku – prychnął Draco odwracając głowę w drugą stronę żeby kryć uśmiech. Reszcie paczki się to niestety nie udało i płakali ze śmiechu patrząc na potyczki niegdyś największych wrogów.
- Ale nie zaprzeczyłeś – wykrzyknął Potter chowając się za przyjaciółmi
- Potter, ty szujo!
- O nie przesadzaj. Buzi na zgodę i idziemy na śniadanko.
- Spadaj, nigdzie z tobą nie idę. I z wami zdrajcy też.
- Ale Dracusiu... – zajęczały dziewczyny patrząc się na niego oczami pełnymi łez śmiechu.
- Dracusiuniuniu... – zaśmiał się Harry wieszając się Malfoyowi na szyi na co reszta poszła w jego ślady.
- Pewnie, połamcie mi jeszcze kark. Może od razu rzućcie Avade.
- Widzę, że to poważny foch. Idźcie się szykować ja też idę do łazienki, a księżniczka niech się focha – powiedział mrugając do nich. Przyjaciele widząc, że ten coś kombinuje, przytaknęli mu i zaczęli wychodzić z dormitorium.
- Tak wam na mnie zależy? Zapamiętam to sobie – mówił zakładając nogę na nogę, a w jego oczach zaczęły pojawiać się autentyczne łzy.
Harry widząc to, ponownie uwiesił się na szyi przyjaciela, przytulając go.
- Dracuś, my cię wszyscy bardzo kochamy, ale czasami na twoje fochy nie ma rady i trzeba odpuścić, bo momentami jesteś bardziej kapryśny od kobiety w ciąży. A teraz szykuj się, bo będą na nas czekali i znowu będziemy w centrum uwagi wchodząc ostatni. W końcu pomyślą, że jesteśmy razem – zaśmiał się na koniec Harry czochrając włosy Draco.
- A co, przeszkadzałoby ci to? Wstydzisz się mnie? – zapytał podejrzliwie blondyn
- Boże, a nie mówiłem? Jak chcesz to cię mogę na rękach zanieść na śniadanie, ale przestań się już fochać i rusz się!
- Sam dojdę. Mam nogi. – powiedział podnosząc się z kanapy.
- Amen. Pieprzony książę slytherinu – mruknął Harry pod nosem idąc do sypialni zmienić ubranie.
- Słyszałem!
- Ale co? – zapytał niewinnie Harry
- Gówno, Potter. Zaraz ci dupe skopię.
- Dobra, dobra. Ale najpierw się naszykuj.
Po dziesięciu minutach, już ramie w ramie dążyli do wielkiej sali.
- Ej stary, nie sądzisz, że o czymś zapomnieliśmy – spytał Harry
- Niby o czym mielibyśmy zapomnieć?
- Jak to o czym? O rudzielcu zapomnieliśmy. Mieliśmy mu wymyślić coś specjalnego.
- Cholera, faktycznie. Tyle ostatnio kombinujemy między sobą, że zapomnieliśmy o tym paszczurze. Ale co proponujesz? – Draco ściszył głos gdyż dochodzili już do Wielkiej Sali i coraz więcej osób zaczynało im się przysłuchiwać.
- A co mamy pierwsze?
- OPCM
- Idealnie – powiedział zadowolony Czarny – A przypomnij mi bracie z kim mamy tą cudowną lekcje?
- Ze Snapem – odpowiedział z chytrym uśmiechem Draco
- Właśnie! A z tego co wiem, dzisiaj mamy ćwiczyć niewerbalną...
- Którą my już doskonale umiemy -  dokończył Draco
- I możemy to doskonale wykorzystać – dodał z uśmiechem Harry podchodząc do przyjaciół
- Co to, koniec fochów? – spytał Alex
- Czep się młody. My tu o poważnych sprawach rozmawiamy.
- A wprowadzicie nas w te poważne sprawy?
- Oczywiście – rzekł Draco
- Że nie. To ma być niespodzianka – powiedział Harry z uśmiechem, zamykając temat. Przyjaciele po skończonym posiłku, poszli do pokoi po swoje rzeczy i ruszyli na lekcje. Snape wszedł do sali jak zwykle powiewając swoją czarną peleryną niczym Zorro. Wprowadził ich szybko w temat lekcji i powiedział co mają robić.
- Uprawianie czarów niewerbalnych jest bardzo trudne i wymaga sporo praktyki, ponieważ wymaga koncentracji i dyscypliny umysłowej. Magia niewerbalna polega na użyciu jedynie różdżki i jest o wiele bardziej zaawansowana, dlatego używa jej niewielka liczba magów. Z pewnością to nie będziecie wy – powiedział patrząc złośliwie na Rona, który się zaczerwienił – Na wasze nieszczęście musicie ćwiczyć to wszyscy i chociaż raz zamknąć jadaczki. Tak więc proszę dobrać się w pary.
Po tych słowach w sali zapanował ruch, gdyż wszyscy próbowali przedostać się do swoich przyjaciół by być z nimi w parze. Harry z Draco stanęli obok siebie porozumiewawczo kiwając głową.
- A teraz zamknąć się i słuchać mnie uważnie. Używacie tylko zaklęć niewerbalnych. Za każde użycie zaklęcia werbalnego odejmuje punkty. Lepiej się przyłóżcie, bo po kilku godzinach ćwiczeń będziecie mieli z tego egzamin praktyczny. Zaczynamy.
Każdy uczeń próbował do skutku jednak nikomu nie wchodziło, za to Harry świetnie się bawił udając, że nic nie umie. Rozejrzał się po sali szukając Rona wzrokiem. Kiedy już go dopatrzył wskazał go Draco głową. Obaj chłopcy nie zauważyli, że Severus uważnie im się przyglądał widząc, że coś kombinują. Kiedy Harry dał Draco znak, ten udał, że schyla się przed lecącym w jego stronę zaklęciem, które nieszczęśliwie trafiło w Rona, zamieniając jego ubrania na strój wiewiórki. Wszyscy zebrani w sali uczniowie wybuchli głośnym śmiechem robiąc Weasleyowi pamiątkowe zdjęcia. Snape uśmiechnął się pod nosem na ten widok. Nie lubił młodego Weasleya. Jednak spokój nie trwał długo, gdyż wściekły Ron rzucił się na wyjącego ze śmiechy Pottera.
- Potter, ty gnido!
- Zważaj na to co mówisz wiewióro – wysyczał Harry unikając wymierzonego ciosu przez co Ron poleciał na ścianę – Uciekłeś z lasu i się zgubiłeś? Może ci pokazać powrotną drogę?
Wściekły rudzielec wyciągnął swoją różdżkę i zaczął miotać w Harrego zaklęciami. Czarny bronił się niewerbalną, ale w końcu zaczęło go to nudzić. Uznał, że mógłby na Ronie wypróbować zaklęcie, którego ostatnio się uczył. Była to czasowa tarcza, która w zależności od siły czarodzieja i mocy rzucanych na nią zaklęć wytrzymywała dany czas. Potter po rzuceniu zaklęcia odwrócił się do pokładającego się ze śmiechu Draco.
- No co? Znudziłem się już. Ile można stać w miejscu bez wypowiedzenia ani jednego słowa? To męczące – powiedział wzruszając ramionami. Po chwili podeszła do nich reszta przyjaciół.
- Stary ile ta tarcza wytrzyma? – spytał cicho Alex
- Nie wiem, ale patrząc na jego siłę i inteligencję to spokojnie możemy iść zjeść obiad i zapewniam was, że po naszym powrocie wiewiór dalej będzie tu stał. 
- To miała być ta niespodzianka? – spytała Ann
- A co, nie wyszła nam? – spytał Draco
- Ja nie mam zastrzeżeń – zaśmiała się Kate unosząc ręce w obronnym geście – Ten strój pasuje do rudzielca.     
- Dość! – wykrzyknął Severus, który chcąc nie chcąc musiał ukryć uśmiech i przerwać to widowisko. Najwidoczniej jednak pewna osoba go nie słuchała dalej rzucając na oślep zaklęcia – Weasley!!! Dość mówię! Nie dość, że jesteś głupi to jeszcze ogłuchłeś? 
- Nie profesorze, ale...
- Żadnego ale. Musisz chyba iść do Pani Pomfrey, bo mojego polecenia również nie słyszałeś. Czy ja się nie wyraziłem  jasno, że od dzisiaj do odwołania na tej lekcji używamy tylko zaklęć niewerbalnych?
- Ale profesorze... – wtrąciła się Hermiona.
- Milcz Granger, bo nie z tobą rozmawiam. Odejmuje Gryffindorowi 30 punktów za nie słuchanie moich poleceń.
- Profesorze Snape to nie w porządku. To on mnie pierwszy zaatakował!
- Milcz ty... wiewiórko. Minus 30 punktów za napaść na ucznia i minus 10 za pyskowanie i kwestionowanie mojego zdania. Jeszcze jakieś ale?
- To nie fair.
- I jeszcze zapomniałbym o szlabanie przez najbliższy tydzień za zniszczenie lekcji i zakłócenie spokoju innych uczniów. Do twarzy ci w tym stroju Weasley. Musisz tak częściej chodzić – powiedział ironicznie, po czym zwrócił się do Harrego – Brawo Potter. Może jednak będą z ciebie ludzie. 50 punktów dla Gryffindoru za zastosowanie zaawansowanej magii i w przeciwieństwie do Weasleya słuchanie poleceń.
- Dziękuje profesorze. W końcu mnie pan docenił
- Nie przesadzaj, bo i ty zarobisz szlaban.
- Spokojnie profesorze. Panuje nad sobą – powiedział Harry z uśmiechem.
- No ja myślę. Koniec lekcji – powiedział równo z dzwonkiem Snape – Potter?
- Tak?
- Nie myśl sobie, że zawsze ci się upiecze. Masz szczęście, że nie lubię tego idioty, i że używałeś niewerbalnej.
- Oczywiście profesorze Snape – odparł z uśmiechem poczym razem z przyjaciółmi wyszedł z klasy.
- Co teraz mamy? – spytała Kate
-  Wolne – odpowiedzieli jednocześnie Harry i Alex.
-  Zazdroszczę. Ja mam numerologie – powiedział Draco
- My też – powiedziały dziewczyny
- To pójdziemy razem. Drogie panie, zapraszam na tą jakże ciekawą lekcje. Można się zdrzemnąć.
- Bardzo chętnie pójdę spać. Draco, mój drogi zostaniesz moją poduszką? – spytała żartobliwie Kate.
- Już rano byłem łóżkiem Pottera, ale zobaczymy. Chodźcie, bo się zaraz spóźnimy.
Draco wraz z dziewczynami pomachali im na pożegnanie, ruszając do klasy. Harry z Alexem odmachali im z uśmiechem. Już nie pamiętali kiedy ostatnio zostali w dwójkę. Cały czas spędzali z przyjaciółmi.  
- To co? Jak za starych czasów? – spytał Harry
- Jasne. Już nie pamiętam jak to było przed ekipą. Przyzwyczaiłem się do tych świrów.
- Ja też, choć nigdy bym nie powiedział, że będę się mścił na Ronie, mieszkał w dormitorium z Malfoyem i jeszcze nazywał go bratem. To co robimy?
- Idziemy na błonia. Dawno tam nie byłem.
Chłopcy szli już w stronę wyjścia z zamku kiedy usłyszeli krzyki McGonagall. Z ciekawości ruszyli w jej stronę. Okazało się, że powodem jej wściekłości był nie kto inny jak Ron Wiewiórka.
- Weasley! Twoje zachowanie jest nie dopuszczalne! Prefekt ma być wzorem dla uczniów. A ty co? Przez ciebie Gryffindor stracił dzisiaj 70 punktów! Masz szczęście, że Potter odrobił 50, bo uczniowie by cię zlinczowali.
- No jasne. Potter wzór do naśladowania! Dobrze pani wie, że to on zaczął. To nie była moja wina. Sprowokował mnie!
- Milcz! Z tego co mi wiadomo i co powiedział sam profesor Snape Harry stosował się do jego poleceń i ćwiczył magie niewerbalną tak jak reszta klasy. Udało mu się, Draco się uchylił i zaklęcie trafiło w ciebie. Przez przypadek, Weasley. A ty rzuciłeś się na niego, nie stosowałeś się do poleceń Severusa i jeszcze pyskowałeś. Jakby tego było mało dostałeś szlaban. U prefekta takie zachowanie jest niedopuszczalne! Dlatego odpieram ci odznakę i wszystkie przywileje! Zaraz twoje rzeczy zostaną przeniesione do męskiego dormitorium. I więcej nie chcę słyszeć o takiej sytuacji, bo będziesz miał ze mną do czynienia. Jeszcze nigdy uczeń mojego domu nie nadszarpnął w takim stopniu dobrego imienia Gryffindora . Hogwart zastępuje dom i rodzinę. I radzę ci o tym pamiętać. – zakończyła swoją tyradę McGonagall zauważając Harrego – O pan Potter. Dobrze, że cię widzę. Zgłoś się wieczorem do mnie z panem Malfoyem. Mam do was sprawę.
- Oczywiście Pani Profesor – odparł grzecznie z uśmiechem Harry i razem z Alexem wznowili swoją wędrówkę na błonia. Harry był zadowolony, że Ron dostał wreszcie porządną nauczkę od życia. Uśmiechnięci przyjaciele położyli się pod ich ekipowym drzewem.
- Dużo się zmieniło odkąd cię poznałem, wiesz? Odkąd was wszystkich poznałem  – powiedział cicho Alex patrząc w niebo
- To prawda. Ale tylko na lepsze, co?
- No nie wiem, nie wiem. Muszę się dobrze zastanowić. – powiedział za co zarobił kuksańca w żebra -  Przez was zacząłem pić, dręczyć biedne wiewiórki. No jasne, że na lepsze. Przecież jakbym was nie poznał to zanudziłbym się na śmierć.
Reszta dnia minęła im w całkowitym spokoju i wyśmienitym humorze. Do powrotu przyjaciół Alex wspominał z Harrym czasy przed poznaniem ekipy. Potem udali się na resztę lekcji przekazując pozostałym wspaniałe wieści o utraceniu przez Rona stanowiska prefekta. Po zjedzeniu kolacji, która nie obyła się bez wygłupów, Harry z Draco udali się do McGonagall, po drodze zastanawiając się o co może chodzić. Zapukali cicho do drzwi nauczycielki, która od razu zaprosiła ich do środka.
- Siadajcie chłopcy.
- O co chodzi Pani Profesor?
- Chciałam prosić was o pomoc w wybraniu nowego prefekta. Nie mam pomysłu kto z chłopców Gryffindoru mógłby nim jeszcze zostać. Macie jakieś propozycję?
- Ja mam pewną osobę. Jest godny zaufania, ma dobre maniery i potrafi być przykładem dla innych. Poza tym jest bardzo miły i przyjacielski – powiedział po chwili zastanowienia Harry
- Kto to taki i czemu o nim nie pomyślałam?
- Bo dołączył do nas w tym roku. Alex. Alex Blakled. Ręczymy za niego.
- Skoro tak. Proszę przekażcie mu odznakę. Wiecie co i jak. Pokażcie mu dormitorium. Wyślę tam za chwilę jego rzeczy.
- Pani Profesor, a może Alex mógłby mieszkać w naszym dormitorium? –spytał Draco
- To dobry pomysł. Drugim prefektem Gryffindoru jest Hermiona, a jak pani dobrze wie, niezbyt się dogadujemy. Po co robić zbędne zamieszanie i nieprzyjemności?
- Może macie rację. Zabierzcie go do siebie i znikajcie już.
- Dziękujemy Pani Profesor.
- A, Potter?
- Tak?
- Profesor Dumbledore prosił, żeby ci to przekazać – powiedziała McGonagall wręczając mu malutką kopertę.
- Dziękuje. Dobranoc
- Dobranoc.
Chłopcy opuścili gabinet McGonagall i skierowali się do dormitorium Gryffindoru by przekazać Alexowi dobrą wiadomość. Po drodze Harry otworzył kopertę od dyrektora. Była w niej data następnego spotkania. Miało się odbyć w przyszły piątek.
- Dziewczyny nie będą zachwycone – stwierdził Draco
- Ja też nie jestem, ale muszę iść. Poza tym chce wykonać te zadania jak najszybciej i pozbyć się tego skurwiela, bo jedyne co robi to przyprawia mnie o ból głowy – odparł Harry podchodząc do portretu Grubej Damy.
- Harry jak miło. Dawno cię tu nie było. Co cię do nas sprowadza? – spytała z uśmiechem Dama
- Mamy do przekazania dobre wieści. Został wybrany nowy prefekt Gryffindoru i przyszliśmy mu wręczyć odznakę.
- Och, a kto nim został? Słyszałam co nawyrabiał młody Weasley. To się nie mieści w głowie. Nigdy bym nie pomyślała, że cię zaatakuję.
- Ja kiedyś też bym tak nie pomyślał. Możesz nas wpuścić?
- Oczywiście, wchodźcie.
Ludzie zebrani w pokoju wspólnym obdarzyli ich zdziwionymi spojrzeniami natomiast ich przyjaciele podeszli do nich.
- Stary, co się dzieje? Moje rzeczy zniknęły – zapytał Alex
- Młody, przykro mi... – zaczął poważnie Draco – ale musisz się  stąd wynieść.
- Że co proszę? Co ci odjebało? Harry o co biega?
- Mi też się to nie mieści w głowie, ale niestety od dzisiaj będziesz mieszkał z nami – powiedział Potter uśmiechając się radośnie do przyjaciela i wręczając mu odznakę.
- Ale jakim cudem?
- Sam widziałeś, że McGonagall wywaliła Rona. Przekonaliśmy ją, że jesteś idealnym kandydatem.
- Ale jak wam się to udało?
- To Harry. Powiedział, że cytuje: Jesteś godny zaufania, masz dobre maniery i potrafisz być przykładem dla innych. Poza tym jesteś bardzo miły i przyjacielski. Same kłamstwa, no ale już trudno. Pójdziesz z nami. A ty Kate wpadniesz do nas jutro nie?
- Boże mogę nawet teraz! Nie chce tu zostać sama – powiedziała z lekką paniką.
- To chodź, przekimasz się na kanapie i przywykniesz do tej myśli – powiedział Draco.
Harry zastanowił się nad czymś chwilę, po czym zatrzymał przyjaciół i zwrócił się do mieszkańców domu Gryffindora.
- Jak pewnie jeszcze nie wiecie, zmienił się nasz prefekt. Profesor McGonagall odebrała Weasleyowi odznakę i przekazała ją Alexowi. Od dzisiaj od jest prefektem Gryffindoru.
- Za co go wywaliła? – zapytał ktoś z tyłu pokoju, zwracając na siebie uwagę, zaczerwienionego rudzielca, siedzącego w kącie.
- Nie twoja sprawa – warknął wiewiór
- Minus dziesięć punktów Weasley za brak poszanowania do pozostałych mieszkańców domu – powiedział usatysfakcjonowany Draco.
- Ron od dłuższego czasu był na warunkowym. Dzisiaj zarobił 70 ujemnych punktów i szlaban na jednej lekcji. McGonagall też ma swoją cierpliwość. Dobranoc wszystkim – powiedział Harry kończąc dyskusje po czym wyszli z pokoju i skierowali się do dormitorium prefektów naczelnych.
Po pokazaniu Alexowi jego pokoju i naszykowaniu Kate miejsca do spania, poszli każdy do swojego łóżka by trochę wypocząć. Następne dni minęły im bardzo szybko. Uczcili objęcie przez Alexa nowego stanowiska, a Harry poinformował ich o następnym zadaniu. Oczywiście tak jak mówił Draco, przyjaciele nie byli zachwyceni, a dziewczyny nawet zaczęły kombinować jak powstrzymać go od wyruszenia na misje. Mimo wszystko Harry musiał ich zostawić, bo tak jak mówił chciał to skończyć najszybciej jak to możliwe. Dlatego w piątkowy wieczór pożegnał się z przyjaciółmi i udał się do dyrektora, który wytłumaczył mu po raz kolejny, że nie może się wahać. Poinformował go również, że to zadanie odbędzie się w starym lesie Asla Vazgecmem jednak nie wiadomo na czym dokładnie będzie polegało. Będzie musiał uważać na wszystko. Tak jak poprzednio, Severus przygotował dla niego świstoklik i eliksiry.
- Wróć do nas Harry.
- Spokojnie dyrektorze. Mam więcej szczęścia niż rozumu – powiedział Harry łapiąc za świstoklik.
Poczuł charakterystyczne ciągnięcie w okolicy pępka, a kiedy otworzył oczy był już w lesie. Rozejrzał się dookoła i powoli ruszył przed siebie. Las był piękny, ale to dalej był las, w którym mieszkało wiele magicznych i niebezpiecznych stworzeń. Harry krążył przez kilka godzin po lesie, tracąc nadzieje, że znajdzie do czego szuka kiedy przed sobą zobaczył piękną młodą dziewczynę. Zatrzymał się natychmiast i ukrył za drzewami. Nie znał jej, nie wiedział kim lub czym była i co może mu zrobić. Była ubrana w białą zwiewną sukienkę. Miała długie czarne lekko falowane włosy. Jedynie na jej stopach brakowało butów. 
- Nie obawiaj się mnie Harry. Możesz wyjść z ukrycia – powiedziała patrząc wprost na niego. 
Potter powoli wychylił się z ukrycia trzymając różdżkę w pogotowiu.
- Mówiłam, że nie musisz się mnie bać nic ci nie zrobię. Chodź ze mną – powiedziała ruszając w tylko sobie znanym kierunku. Harry nie mając innej alternatywy, ruszył za nieznajomą, która zaprowadziła go na cudowną polanę. Zatrzymał się na granicy drzew, nie będąc pewnym co ma dalej robić. Natomiast dziewczyna usiadła na trawie w samym środku polany.
- Podejdź – powiedziała cicho.       
- Kim jesteś? Skąd mnie znasz? – zapytał podchodząc do niej powoli i siadając
- Jestem Ever. Mieszkam tu już bardzo długo. Wiedziałam, że przyjdziesz.
- Skąd?
- Przewidział to stary czarodziej wiele lat temu. Jesteś wybrańcem. Synem Lili i Jamesa Potterów. Twoi rodzice nie żyją od szesnastu lat. Zabił ich Tom Marvolo Riddle nazywany Lordem Voldemortem. Twoim przeznaczeniem jest go zabić i uwolnić świat spod jego tyranii. Przybyłeś tu po następny składnik eliksiru. Zawiodłeś się na swoich najbliższych i dyrektorze, który był dla ciebie wzorem. Mimo to znalazłeś nowych, prawdziwych przyjaciół i pogodziłeś się z Albusem.
- Nie pogodziłem się z nim. Po prosto współpracujemy dla dobra ogółu. Chce zamknąć rozdział o nazwie Tom Riddle i zacząć normalnie żyć. Ale skąd tyle o mnie wiesz?
- Wszyscy cię znają Harry Potterze. Twoje narodzenie zostało przewidziane wiele lat temu, a twoje przeznaczenie zna cały świat. Rodzice opowiadają dzieciom bajki o dzielnym bohaterze, który uratuje ich świat i uczyni ich życie szczęśliwszym. Na twoich barkach spoczywa duży ciężar. Za duży jak na tak młodego chłopca. I mimo całej tej sławy w głębi duszy pragniesz poznać kogoś wyjątkowego, skończyć szkołę, znaleźć prace i wieść spokojne normalne życie u boku ukochanej osoby, która obdarzy cię potomstwem.
- Poznałem już najbardziej wyjątkowych ludzi na całej planecie, którzy są dla mnie najważniejsi i z których nigdy nie zrezygnuję. Ale masz racje, że za dużo ode mnie wymagają. Mimo wszystko chce to zakończyć i żyć swoim życiem.
Rozmawiał z Ever jeszcze wiele godzin. W pewnym momencie zorientował się, że musi wyruszać dalej, by znaleźć składnik i wrócić do domu.
- Przykro mi Ever, ale musze iść. Muszę wrócić do moich przyjaciół i mojego świata. Nie mogę tu zostać. Powinienem ruszać dalej żeby znaleźć ten cholerny składnik i być o jeden krok bliżej do pozbycia się Toma – mówiąc to zaczął się podnosić. Nie zauważył jednak wystającej z ziemi ostrej krawędzi kamienia i rozciął rękę. – Cholera.
Odruchowo przystawił dłoń do buzi jednak po chwili zauważył dziwne zachowanie dziewczyny. Ever zerwała się z ziemi lekko podkulona, a jej oczy zaczęły zmieniać kolor. Zbladła również jej cera. Harry znał to skądś, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd. Musiał przysnąć na jednej z lekcji.
- No dalej Harry. Wiesz czym jestem. Przypomnij sobie lekcje – wysyczała dziewczyna
- Jesteś wampirem – stwierdził chłopak cofając się i wyciągając różdżkę z kieszeni.
- Przecież wiesz, że to ci nie pomoże. Avada tylko mnie ogłuszy. Będę cię ścigać dopóki cię nie zabiję. Wiesz co musisz zrobić.
- Nie. Zostaw mnie. Odejdź. Nie chcę robić ci krzywdy. Proszę Ever nie zmuszaj mnie do tego – mówił Harry cofając się.
- Przykro mi Harry. To wbrew mojej naturze.
- To złam ją do cholery!
- Przepraszam – szepnęła cicho, poczym wyskoczyła w stronę Harrego. Potter niewiele myśląc machnął różdżką, która przebiła Ever lewitowaną gałęzią. Harry doskoczył do dziewczyny ratując ją przed upadkiem.
- Ja nie chciałem – wyszeptał        
- Wiem Harry. Ale tak musiało być. To było nasze przeznaczenie. Dziękuje, że mogłam cię poznać i przez chwilę mieć przyjaciela. Teraz wiesz co musisz zrobić.
- Nie mogę...
- Harry... to ja jestem tym cholernym składnikiem, którego szukasz. Musisz mnie zabić by go zdobyć. Nie ma innego wyjścia. Za chwilę zasnę. Tracę już siły.
- Ty nie możesz być tym składnikiem. Znajdę inny sposób. Przecież ty możesz być najwyżej parę lat starsza ode mnie. Nie pozwolę ci umrzeć.
- Harry, kochany nie martw się. Żyję więcej niż ci się wydaję. Zmęczyło mnie to już. Chcę wreszcie odpocząć. Chce zaznać spokoju. Może spotkam tam kogoś. Może poznam twoich rodziców.
- Zabiorę cię ze sobą. Poznasz moich przyjaciół. To wspaniali ludzie. Na pewno ich polubisz. Nie będziesz sama...
- Nie można tak. Nie będę nic czuła. Zrób to dla mnie. Proszę. To był zaszczyt cię poznać.
- Nie chcę... – wyszeptał cicho, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.
Ever jednak już go nie słyszała. Zasnęła. Harry położył ją na trawie i powoli wstał. Cofnął się i przyglądając się dziewczynie ostatni raz rzucił zaklęcie. Po chwili mógł obserwować jak z popiołów Ever wyrasta kolejny składnik eliksiru. Potter zerwał go szybko i tak jak za pierwszym razem przeniósł się do zamku. Po powrocie oddał Snapowi kwiat i skierował się do wyjścia z gabinetu. Chciał jak najszybciej być w swoim dormitorium.
- Cinis Est Cor Lamia – wyszeptał cicho Severus
- Chyba nie chcę wiedzieć co to znaczy profesorze – powiedział Harry łapiąc klamkę
- To nazwa tej rośliny. Cinis Est Cor Lamia. Popiół wampirzego serca – powiedział odwracając się do niego – Co się tam stało Potter?
 Harry przymknął na chwile oczy  
- Myślę, że nie trzeba nic wyjaśniać, profesorze Snape. Nazwa mówi sama za siebie. Dobranoc.
Harry odetchnął po wyjściu z gabinetu i wolnym krokiem ruszył do dormitorium. Wrócił myślami do wydarzeń z lasu. Może znał tą dziewczynę zaledwie kilka godzin, ale to nie zmieniało faktu, że musiał ją zabić. Nie był Voldemortem. Nie chciał mordować niewinnych ludzi. Nawet jeśli Ever była wampirem. To niczego nie zmieniało. Gdyby tylko się nie skaleczył... Nagle ktoś na niego wskoczył.
- Harry! Wróciłeś. Jak było?    
No tak, Ann go dopadła.
- No, wróciłem. Było gorzej niż ostatnio, ale nie pod względem niebezpieczeństwa – powiedział cicho, mocno odwzajemniając uścisk dziewczyny.
- Chodź pogadamy. Reszta też się martwiła – powiedziała dziewczyna po czym złapała go pod ramie i zaciągnęła do pokoju wspólnego gdzie czekała na nich reszta przyjaciół.
- No to opowiadaj, jak było? – zapytała Kate
- Bo ja wiem. Wylądowałem w lesie. Błądziłem kilka godzin. Potem spotkałem wampirzyce, którą musiałem zabić żeby zdobyć ten cholerny składnik. To tyle w tym temacie. Pójdę się umyć. Trochę nałaziłem się po tym pieprzonym lesie.
- Jasne – odpowiedzieli przyjaciele
- Nie wydaje wam się, że coś jest nie tak? Jest inaczej niż ostatnio. Dziwnie się zachowuje.
- Bo musiał zabić. Wbrew pozorom, wampiry nie wyglądają jak krwiożercze bestie. To są normalni ludzie. Zmiana zachodzi dopiero gdy wyczują krew. Nie potrafią się wtedy opanować  – powiedział cicho Draco patrząc jak przyjaciel znika w łazience.
Po pewnym czasie usłyszeli jak Harry wychodzi z pomieszczenia, jednak przeszedł drugimi drzwiami prowadzącymi do jego pokoju.
- Pogadam z nim – powiedział Draco, wstając. 
Zapukał cicho do drzwi sypialni i wszedł do środka. Harry siedział na parapecie, jak zwykle wpatrując się w niebo.
- Wiem co czujesz – powiedział, podchodząc do niego powoli.
- Po prostu nie chciałem jej zabijać – powiedział cicho
- Była wampirzycą Harry. Nie miałeś innego wyjścia. To nie twoja wina – spojrzał mu w oczy przysiadając w drugim końcu parapetu.
- Miała na imię Ever. Spędziłem z nią kilka godzin. Była taka sama jak my. To przez moją głupotę musiałem ją zabić. Skaleczyłem się w tą cholerną rękę kiedy chciałem ruszać w dalsze poszukiwania. Doskoczyła do mnie, a ja lewitowałem jakąś gałąź i...
- Zraniłeś ją.
- Tak. Ja naprawdę nie chciałem. Ever powiedziała, że zaśnie i nie będzie nic czuła. Że muszę to zrobić żeby wrócić do domu, bo ona jest następnym składnikiem. Gdyby nie to, w ogóle bym tu nie wrócił. Przekonała mnie, że nie mogę was zostawić.
- I miała rację. To nie twoja wina Harry.
- Wiem, ale nie chciałem tego. Nie jestem Voldemortem. Mam serce – powiedział patrząc mu w oczy.
- Wiem Harry, wiem. Masz wielkie, dobre, kochające serce. Ale musisz pamiętać, że my tu zawsze będziemy na ciebie czekać. I jeśli nie wrócisz skrzywdzisz nas wszystkich. Kochamy cię głupku bez względu na wszystko. Na tym to polega. Możesz nam zaufać wiesz o tym.
- Wiem Draco. Tylko to nie jest proste, mówić o takich rzeczach.
- Rozumiem cię. Też nienawidziłem mówić o wszystkim co działo się u mnie w domu. Ale nauczyli mnie to robić. Dzięki ekipie wyszedłem na ludzi i jestem teraz jaki jestem.
Po chwili drzwi pokoju uchyliły się i pokazała się w nich głowa Alexa.
- Wszystko dobrze chłopaki? - zapytał
- Teraz już tak – powiedział Potter siląc się na szczery uśmiech.
- Chyba nie do końca. Ludziska, ktoś tu potrzebuje grupowego przytulasa – wydarł się Alex do pozostałych. 
Nagle do ich dwójki dołączyła reszta przyjaciół tworząc wielki kółko.
- Cieszę się, że was mam wiecie? – zaśmiał się Harry obściskiwany przez przyjaciół
- Wiemy, że jesteśmy wyjątkowi. Nie musisz nam tego mówić – powiedział z uśmiechem Draco.
- Też cię kochamy Harry – zaśmiał się Alex czochrając mu włosy.
Po dłuższej chwili wrócili do salonu, gdzie do późna zaśmiewali się do łez. Harry był wdzięczny losowi za takich przyjaciół. Byli najlepsi.
                              



         
               

                 

wtorek, 29 marca 2016

Rozdział 16



Znowu był w labiryncie. Nie rozumiał dlaczego. W końcu zabił Szaklau i zdobył Hostie.
- O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał samego siebie
Nie miał jednak czasu odpowiedzieć sobie na to pytanie, gdyż zza rogu wyszedł Szaklau, który już dawno powinien być martwy. Harry – tak samo jak poprzednim razem – schował się za rogiem i sięgnął do kieszeni po różdżkę.... której tam nie było. Spanikowany, przeszukał wszystkie kieszenie, ale jej nie znalazł. Dostrzegł jednak, że w rogu ślepego zaułka, w którym siedział, coś błyszczy. Podchodząc bliżej dostrzegł miecz Gryffindora.
- Dzięki, Merlinie – szepnął podnosząc ostrze.
Nie miał pojęcia jak ma wygrać ten pojedynek bez magii i eliksirów. Musiał jednak kiedyś wyjść z tego labiryntu. Trzymając miecz oparł się o ścianę labiryntu, jednak ta, dziwnym trafem ugięła się pod nim. Ryzykując usłyszenie przez Szaklau, spróbował przedrzeć się przez ścianę roślin. Po chwili szarpaniny, udało mu się odsłonić kawałek przejścia. Niestety słyszał zbliżające się kroki potwora i nie miał czasu na zabawę, więc resztę przejścia wyciął za pomocą miecza. Wybiegł przez nie na piękne wybrzeże, a zaraz za nim podążył Szaklau. Mimo, iż wiedział, że ma marne szanse na przeżycie, zaczął uciekać w stronę wody. Już po chwili musiał zacząć walczyć i nie było już tak kolorowo. Nie mógł zranić potwora. Wymachiwał przed nim mieczem, w nadziei, że jakimś cudem to go odstraszy. Przy następnym zamachnięciu, Harry zachwiał się i upadł na plecy. Szaklau zaczął się do niego zbliżać, a Harry nagle zdębiał. Nie był w stanie się ruszyć. Potwór pochylił się nad Czarnym i zaczął go obwąchiwać. Harry „obudził” się dopiero gdy Szaklau odchylił łeb do tył wydając donośny pisk i pokazując swoje ogromne zęby. Czarny w ostatniej chwili złapał miecz i wbił go w Szaklau, niczym w Bazyliszka na drugim roku. I znów nie mógł się ruszyć, tyle, że teraz przez ciężkie zwłoki Szaklau, leżące na nim.
- Jak mnie nie zje, to mnie zgniecie. Przynajmniej umrę patrząc na piękne widoki. – pomyślał Harry.
Widoki miał naprawdę piękne, gdyż właśnie był wschód słońca. Jednak po chwili, tak jak za pierwszym razem, na miejscu martwego potwora pojawiła się Hostia. Harry zerwał ją mając nadzieję, że przeniesie się z powrotem do zamku. Jednak jak zwykle miał pecha i tak się nie stało. Poczuł charakterystyczne ciągnięcie w okolicy pępka, a po otwarciu oczu dostrzegł ostatnie miejsce w jakim chciałby się znaleźć i ostatnią osobę jaką chciały zobaczyć.
- Witaj Harry. Jak miło, że wpadłeś – wysyczał Voldemort.
Znajdowali się na cmentarzu, na którym zginął Cedrik
- Ciebie też niemiło widzieć, Tom – powiedział z fałszywym uśmiechem Harry
- Crucio! 
Harry zamknął oczy i ugiął się odrobinę pod wpływem zaklęcia. Ćwiczył trochę z przyjaciółmi wytrzymałość i jak widać wyszło mu to na dobre. Na kolana upadł dopiero po siódmym Crucio.
- No dalej, Riddle. Chyba się nie starasz – Harry zaszydził z Voldemorta po raz kolejny.
Oczywiście w odpowiedzi otrzymał zaklęcie. Liczył je. Chciał wiedzieć po ilu Voldemort straci cierpliwość i go zabije. Przy trzydziestym Cruciatusie był już na skraju wytrzymania i ledwo zachował zdrowy rozum. Po pewnym czasie do tortur dołączyli się też śmierciożercy.
- Widzę, że nie zamierzasz prosić o śmierć.
- Nigdy.
- W takim razie nie przedłużajmy tego. Wyrobiłeś się szczeniaku. Jesteś zawzięty niczym twoja matka. Ona też nie błagała o życie. Byłbyś dobrym śmierciożercą. Pomyśl o tym. Mógłbyś rządzić ze mną światem.
- Wypchaj się Tom. Nie kręci mnie władza.
- Szkoda. Avada Kedavra!

Harry zerwał się ze snu. Był w swoim pokoju, w Hogwarcie. Cały i zdrowy. I strasznie obolały. „Dobrze, że dzisiaj sobota” pomyślał. Była dokładnie siódma rano. Żeby się uspokoić, po wyciszeniu swojego pokoju i łazienki, puścił na głośnikach swoją ulubioną playliste. Nie chciał budzić Draco. Wiedział, że blondyn czasem lubi sobie dłużej pospać. Powlókł się więc do łazienki i po zamknięciu zaklęciem drzwi, urządził sobie długą kąpiel. Po ponad godzinie już w dużo lepszej formie opuścił wannę. Ubrał się w swój ulubiony komplet czyli czarne rurki i do tego dopasowana jasno niebieska koszula w kratkę, wciągnięta do spodni by bardziej podkreślała jego umięśniony tors. Rękawy standardowo podwinął, założył swoje białe adidasy, ogarnął trochę włosy, wyłączył muzykę i po zdjęciu zaklęcia wyciszającego opuścił pokój. Jego współlokator jeszcze nie wstał więc spokojnym krokiem udał się w stronę jego sypialni i po cichym zapukaniu wszedł do środka.
- Draco wstawaj.
- Mmmhhhyyy....
- Blondi wstawaj. Jest po dziewiątej. Wypadałoby iść na śniadanie.
- Pięć minut – mruknął Draco zagrzebując się jeszcze głębiej w pościeli, o ile to w ogóle możliwe.
- I tak za nim się naszykujesz to minie zdecydowanie więcej niż pięć minut.
Po nie otrzymaniu odpowiedzi Harry uznał, że trzeba użyć bardziej drastycznych środków i po prostu z rozbiegu wskoczył na łóżko Malfoya, który przygnieciony wydobył z siebie tylko cichy jęk.
- Kurwa, Potter! Żebra mi połamiesz swoją grubą dupą.
- Też się cieszę, że cię widzę w tak piękny sobotni poranek mój przyjacielu.
- Spieprzaj z mojego łóżka książę i daj mi spać.
- No Draco. Wstań i bądź moją księżniczką. – powiedział Potter już prawie dusząc się ze śmiechu – Nie daj się prosić.
- Żebym wstał musisz ze mnie zejść chory pojebie – stwierdził już całkowicie obudzony blondyn.
Harry grzecznie zszedł z łóżka i czekał aż jego przyjaciel podniesie swój arystokracki tyłek.
- No. Grzeczny Draco. Czekam na ciebie w salonie – powiedział Harry i z uśmiechem opuścił sypialnie chłopaka, który niezadowolony powlókł się do łazienki. Po 30 minutach Harry w końcu doczekał się swojego współlokatora, który już ubrany wyszedł ze swojego pokoju. – No to co księżniczko? Idziemy na śniadanie towarzyszyć naszym przecudownym przyjaciołom?
- Jesteś najgorszym księciem na świecie, Potter  - zaśmiał się Draco -  Idziemy.
- Ale najlepszym przyjacielem – wyszczerzył się czarnowłosy wychodząc z dormitorium.
W wyśmienitych humorach ruszyli w stronę wielkiej sali rzucając głupimi żartami i zaśmiewając się przy tym do łez. Na śniadaniu oczywiście pojawili się jako ostatni i jak zawsze zwrócili uwagę pozostałych uczniów. Mimo to znaleźli wzrokiem swoich przyjaciół, siedzących tym razem przy stole Gryffindoru i z szerokimi uśmiechami ruszyli w ich stronę.
- Cześć wam – przywitali się dosiadając się do nich.                                             
- Hej – odpowiedzieli pozostali
- A co wy na bliźniaków się robicie? – spytał z uśmiechem Alex
Chłopcy spojrzeli po sobie i uświadomili sobie, że faktycznie ubrali się bardzo podobnie, tylko koszula Harry’ego była delikatnie ciemniejsza od tej, którą miał na sobie Draco.
- Pewnie. Nawet już planujemy podobne fryzury tylko nie możemy dojść do kompromisu czy ja mam się przefarbować na blond czy Draco na czarno – zaśmiał się Harry
- Zapomnij Potty, że przefarbuje swoje idealne włosy – powiedział blondyn przejeżdżając po nich ręką.
- Dobra, dobra księżniczko. Wszyscy wiemy, że twoje włosy są idealne i nie do ruszenia.
- No ja myślę.
- Nie, nie myślisz.
- A udław się Potter.
W jeszcze lepszym nastroju zjedli swoje śniadanie i ruszyli na przechadzkę po błoniach. Oczywiście nie mogło się obejść bez wygłupów nad jeziorem.
- Potter, ty durniu. Zabije cię! Wiesz ile układałem te włosy?! – wydarł się Draco goniąc Pottera po brzegu, na co brunet parsknął następną dawką śmiechu. Reszta ich przyjaciół została z tyłu zaśmiewając się z nich do łez. Po paru minutach znudził im się już bieg więc wrócili do pozostałych i razem usiedli na trawie pod drzewem. Nim się zorientowali była już pora obiadowa więc musieli powoli wracać do zamku. Resztę dnia spędzili na grach i wygłupach, a na koniec wymkeli się z zamku by pójść na pizze i piwo. Harry świetnie się bawił tego dnia i naprawdę chciałby, aby tak wyglądało jego życie. Ale niestety. Najpierw musiał zbawić świat.